Ustrzycki wyjazd

Wraz z końcem zimy w naszym mieszkaniu pojawiały się głosy, że Julka nie była ta takim prawdziwym rodzinnym wyjeździe. Julkotata postanowił swoim kobietom zrobić niespodziankę w tej materii. Intensywnie rozpoczął poszukiwania, gdzie z pomocą komunikacji publicznej można by się udać. Wybór padł na Ustrzyki Dolne. Nie pozostało nic innego jak tylko zarezerwować miejsca noclegowe, w jedynym możliwym terminie – czerwcowym weekendzie.
I tak pod koniec marca z pomocą serwisu booking.com został zarezerwowany apartament ;)
Im bliżej dnia wyjazdu, tym bardziej szczegółowo śledziliśmy prognozy pogody, a nie było one zbyt optymistyczne.
No ale nie było innego wyjścia, o rodzinnej wyprawie wiedział cały Titum i większa część szesnastki ;)
Nie wiem jakim cudem ale udało nam się zapakować do średniej wielkości walizki. To świetny materiał dla ludzi zajmujących się zdarzeniami trudnymi do racjonalnego wytłumaczenia.
Długi czerwcowy weekend to była niemal ostatnia szansa aby na starych zasadach dostać się w Bieszczady, ponieważ dotychczasowy wraz końcem czerwca zawiesza działalność w tej części kraju.
Pożegnaliśmy słoneczny Rzeszów i powitaliśmy …deszczową drogę.
Julkotata już na początku dał ciała, zdecydował aby jechać na dworzec autobusowy zamiast wysiąść przystanek wcześniej jak wszyscy inni pasażerowie. Noclegi bowiem były zlokalizowane niemal w ścisłym centrum miasteczka.
Julka weszła do pokoju i powiedziała tylko: ooooo jak pięknie.
Szybkie rozpakowanie i w drogę. Jak szaleć to szaleć. Na pierwszy ustrzycki posiłek Julkorodzina udała się do (niemal) kultowego Niedźwiadka. Głowa rodziny z pełną odpowiedzialnością może powiedzieć, że tamtejsze placki po bieszczadzku są prima sort.
Posiłek w Niedźwiadku
Julka z pełnym brzuszkiem,pełna energii mogła wyszaleć się na placu zabaw w Parku pod Dębami.
Szkoda, że na naszym rodzimym placu zabaw nie ma takiego wyposażenia.
kręcioł
drabinka
Wraz z zachodem słońca, wszystko co dobre dobiegło końca. Spełniły się najgorsze prognozy – zaczął intensywnie padać deszcz. Padał, padał i padał.
Trzeba było na szybko zorganizować plan awaryjny. Gdy tylko na niebie pojawiły się pierwsze oznaki rozpogodzenia udaliśmy się do Muzeum Młynarstwa i Wsi. Tematyka może nie dla Julki ale chodzenie po schodach dobrze wpływa na kondycję ;)
muzeum młynarstwa i wsi
warsztat stolarski
Do zwiedzania Muzeum Przyrodniczego Bieszczadzkiego Parku Narodowego podchodziliśmy kilka razy. Taki sam plan jak my miało kilka grup zorganizowanych. Jak to fajnie mieć swoją bazę kilkadziesiąt metrów od muzeum.
Gdy nie było już żywcem co robić podjęliśmy próbę wejścia na szlak.
Mały Król szlak
Niestety było zbyt ślisko, mokro. Po kilkunastu minutach trzeba było zrobić odwrót.
szlak
Przez cały wyjazd przemierzyliśmy „miejskie” odcinki kilku szlaków, zlokalizowane wzdłuż ulic.
Julce spodobało się „tajemnicze” drzewo nieopodal Parku pod Dębami…
dziwne drzewo
Gdy nie ma co zwiedzać, nie pozostaje nic innego tylko jeść ;)
Na drugi obiad Julkorodzina nie poszła daleko… zeszła na parter. Julkotata ponownie przekombinował – w restauracji (bardziej mikrorestauracji) Kulinaria zamówił sobie kotleta „a la Zakapior”. Wszystko pięknie, danie bardzo smaczne … tylko Julkotata nie jest wielbicielem boczku.
W niedzielę też padało, jeśli kogoś to bardzo interesuje.
Jedno co z całą odpowiedzialnością trzeba powiedzieć to to, że Julkotaty wybór miejsca noclegowego to był strzał w dziesiątkę. Noclegi Sebastian możemy każdemu polecić. Śniadań przygotowywanych przez panią Krysię będzie nam brakować.
Na wyjazd Julka zabrała kilka pluszaków, wieczorami długo się nimi bawiła. Co wieczór opowiadała im co robiła, jakie ma plany na kolejny dzień.
Julka i pluszaki
sen Julki
Nasza córka była bardzo szczęśliwa. Wszystko ją cieszyło. Martwi się tylko tym, że nie zdobyła żadnego szczytu.
torba
lody
Może za rok będzie ładniejsza pogoda i uda nam się zdobyć kilka „ustrzyckich” szczytów …
szlaki
drogowskaz

Podziel się