Krakowskie brednie

Przyznaję się bez bicia, po kilku telewizyjnych wypowiedziach ministry Zalewskiej, objawia się u mnie „nowy” odruch Pawłowa. Gdy tylko widzę w telewizji materiał o „dobrej zmianie” w edukacji budzi się we mnie bestia która chce zniszczyć telewizor. Zatem aby nie narażać domowego budżetu na nieplanowane wydatki staram się jak mogę ograniczać kontakt z ministerialnymi rewelacjami. Owszem wiem, że aktualnie odbywają się debaty które mają być podwaliną przyszłej reformy edukacji.
Wczoraj debatowano w Krakowie o edukacji uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, czyli między innymi o szkolnej przyszłości Julki. W debacie czynny udział brała wiceminister Teresa Wargocka. Przebieg debaty znam z doniesień medialnych, niemniej z innych źródeł docierają do mnie informacje, że dziennikarze jednak dość dobrze oddali sens całej debaty.
Muszę poruszyć dwie kwestie. Po pierwsze kto ma decydować o typie placówki dla dziecka. Druga kwestia to na jakich zasadach powinna być prowadzona edukacja „specjalna”
Aktualnie o tym do jakiego typu placówki pójdzie dziecko decydują rodzice. Gwarantuje to zarówno konstytucja oraz międzynarodowe konwencje. Ktoś powie, nie ma tematu, aktualna większość parlamentarna jest zbyt mała zmienić konstytucję. Niestety ostatnie miesiące pokazują, że „dobra zmiana” może mniej lub bardziej łamać konstytucyjne zapisy. Jest zatem o czym myśleć.
Obecnie zapis w orzeczeniu o potrzebie kształcenia specjalnego o proponowanym dla danego ucznia typie placówki to nic innego jak tylko sugestia. Co więcej, jest tam zazwyczaj kilka typów placówek do wyboru. Ale wynika z medialnych doniesień zdaniem małopolskiej kurator oświaty, trzeba to zmienić. Opinia pracownic ppp powinna być wiążąca. Czy miałby być wskazywany jeden typ placówki czy też więcej tego nie wiem. Przyznam szczerze, nieraz dziwię się rodzicom dlaczego zapisali swoją pociechę do takiej a nie innej szkoły.
Twardo stoję na stanowisku, że wybór typu szkoły, powinien być efektem małej debaty z udziałem rodziców, pracujących z dzieckiem terapeutów, specjalistów z poradni. W to wszystko powinni być również włączeni pedagodzy z „wybranej” szkoły. Zapiszę dziecko do Waszej szkoły i co mi zrobicie – to droga donikąd. Rodzic nie powinien być pozostawiony sam z tą jakże kluczową dla dziecka decyzją. Warto pamiętać, że dziecko, szczególnie to małe szybko się zmienia i warto rozważyć możliwość monitorowania tego wyboru. W naszym przypadku mniej więcej po roku od zapisania Julki do przedszkola specjalnego oraz uzyskania stosownego orzeczenia, zaczęliśmy szukać dla Niej nowych wyzwań.
Od wczoraj wśród rodziców wrze, są przerażeni wizją zaniechania edukacji włączającej. Dzieci niepełnosprawne powinny uczyć się w szkołach czy też oddziałach specjalnych, gdzie będą miały zapewnioną lepsze wparcie niż w placówkach ogólnodostępnych.
W naszej szkole rejonowej co dwa lata (jeśli mnie pamięć nie myli) jest otwierany oddział specjalny dla dzieci z wadą słuchu. W Julkoszkole od dwóch lat funkcjonuje klasa specjalna dla autystów.
są to zatem klasy w której są uczniowie ze ściśle określonymi niepełnosprawnościami. Cieszę się że są takie klasy. Jednak tego typu rozwiązanie powinno być tylko jednym z wielu dostępnych rozwiązań. Rząd zapewnia, że mimo że wydaje dużo na edukację dzieciaków z „problemami” nie zamierza ograniczać finansowania. Jeśli tak, to podstawowym rozwiązaniem powinny być „zwykłe” klasy które odpowiednio wzmocnione ciałem pedagogicznym przynajmniej na poziomie edukacji w klasach 1-3 powinny „wchłaniać” uczniów niepełnosprawnych. Dzisiaj MEN wydał komunikat, że pomysł z klasami specjalnymi z szkołach masowych to następstwo pomysłów rodziców. Wolę myśleć, że chodzi o tych którzy chcą mieć szkołę „specjalną” w pobliżu miejsca zamieszkania. Ale czy takie „lokalne” szkoły specjalne to dobre rozwiązanie? Moim zdaniem nie. I nie chodzi o sam aspekt finansowy. Szkoły specjalne mogą zapewnić takie formy terapii, które w wielu innych szkołach nie będą dostępne chociażby z powodów lokalowych. Trudno byłoby też ogarnąć pedagogicznie często diametralnie różne deficyty tych dzieciaków.
Gdy usłyszałem, że uczniowie z klas specjalnych mogą się integrować w czasie przerw pomiędzy lekcjami czy też na świetlicach. Czytając to o mało nie zagotowała się we mnie krew. Autor tego pomysłu zapewne na oczy nie widział szkoły.
Obawiam się, że uczeń z klasy specjalnej mimo starań nauczycieli, będzie miał odpowiednią szkolną „łatkę” i nie będzie to miła i przyjemna łatka.
Julce dużo pomaga na świetlicy, to że jest częścią większej klasowej społeczności. Jest jej w ten sposób łatwiej ogarnąć szkolną rzeczywistość. Zawsze może liczyć na tych z którym jest doskonale zintegrowana podczas wspólnie spędzanych lekcji. Co więcej największy skok „cywilizacyjny” Julka miała gdy rozpoczęła wspólne zajęcia ze zdrowymi rówieśnikami…
Zatem do każdego dziecka należy podchodzić indywidualnie. Nie każde dziecko będzie szczęśliwe w szkole masowej, nie każde dziecko niepełnosprawne będzie się w pełni rozwijało w klasie specjalnej (obojętnienie czy zwykłej czy też specjalnej szkole). Rodzic kierując się dobrem własnego dziecka powinien mieć możliwość właściwego wyboru, a Państwo powinno zrobić wszystko aby rodzic tej decyzji nie żałował.

Podziel się