Będzie ciekawie

Dzisiejszy wpis będzie głównie o jakże odległym etapie Julki edukacji – o gimnazjum. Ktoś powie a co z tym wspólnego ma uczeń pierwszej klasy podstawówki. Wbrew pozorom pomysł likwidacji gimnazjów odbije się echem na całym procesie edukacji.

O gimnazjach nie mam najlepszej opinii, i wyrobiłem sobie ją nie na podstawie serialu „Szkoła” lecz widząc gimnazjalistów na co dzień. Może mam pecha ale tuż pod naszymi oknami zlokalizowane jest „najlepsze” rzeszowskie gimnazjum, do którego chodzą tylko Ci którzy muszą. Jeśli dodać do tego zachowanie gimnazjalistów za szkolnym zaułkiem – w pobliskich zaroślach, to powiem krótko – strach się bać.

Owszem, trzeba rozwiązać problem młodzieży w wieku gimnazjalnym, ale pośpiech jest wskazany jedynie przy łapaniu pcheł. Nie wiem czy zauważyliście ale jest już początek listopada, a słychać głosy, że reforma ma już wystartować od września przyszłego roku. Mówi się nie o likwidacji lecz o wygaszaniu, wg jednych ośmioklasową podstawówkę mają „zaliczać” już tegoroczni szóstoklasiści, inni twierdzą coś zupełnie odwrotnego, gdyż ten „zaszczyt” spotka dopiero tych co za kilka miesięcy rozpoczną szkolną edukację. Jednym słowem nikt nic nie wie. Do września pozostało zatem dziesięć miesięcy, czyli wydawało by się, że to bardzo dużo. Niestety to tylko złudzenie, póki co nie zebrał się nowy sejm, nie wiadomo kto będzie odpowiadał za edukację, wszak nie ma jeszcze nowego rządu, projekt ustawy już podobno jest ale jakoś nikt go nie widział. Jeśli wszystko dobrze pójdzie za miesiąc rozpoczną się prace nad ustawą.

Coraz częściej słychać głosy, jeśli nawet nie namawiające o zachowania obecnego stanu, to zachęcające do szerokiej dyskusji o problemach gimnazjalistów, już mówi się o szerokich konsultacjach społecznych, słyszałem nawet wypowiedź ważnego polityka „nowej” władzy o możliwości przeprowadzenia referendum w tej sprawie. Zastanawiam się po co to referendum, skoro jego wynik można z góry przewidzieć. Czyżby już brano pod uwagę możliwość klapy proponowanych zmian? Wówczas będzie można powiedzieć: to nie nasza wina, to społeczeństwo tak zagłosowało. Nie wiem czy zagłębialiście się w aktualne przepisy oświatowe, z nich wynika jednoznacznie – do końca kwietnia dyrektorzy szkół muszą przekazać do akceptacji arkusze organizacyjne na przyszły rok szkolny. Zatem już wówczas byłoby dobrze wiedzieć co z reformą. Wcześniej przeprowadzana jest rekrutacja do szkół podstawowych, co jeszcze bardziej napina kalendarz zmian.

Jeśli dobrze sprawdziłem to już 5 kwietnia szóstoklasiści piszą swój sprawdzian. I co powinni teraz robić Ci uczniowie? Powinni przygotowywać się do powoli egzaminu, a może liczyć na to że go nie będzie, a jeśli już trzeba będzie go napisać, to czy niedługo po nie wyląduje on w koszu historii.

Nie wiem czy się, ze mną zgodzicie, lecz termin rozpoczęcia reformy już w przyszłym roku z każdą minutą się oddala.

Według pomysłodawców reformy, będzie ona niemal bezkosztowa. Ktoś nawet ma wyliczenia, ile cała ta operacja ma kosztować. Są zapewnienia, że nikt nie straci pracy ponieważ liczba uczniów nie ulegnie zmianie. Głosy mówiące o przewidywanych zwolnieniach od razu są zagłuszane stwierdzeniem: przecież w tym wszystkim chodzi o dobro dzieciaków, zatem krytykom proponowanych zmian chodzi tylko i wyłącznie o swoje stołki i ciepłe posadki.

Niestety „wygaszanie” gimnazjów to również problem logistyczno-lokalowy. Najmniejszy chaos będzie tam gdzie istnieją zespoły szkół podstawówka plus gimnazjum. Tam wystarczy pozmieniać tabliczki ;) Za kilka lat nawet będzie w nich większy luz w takiej szkole, zniknie bowiem jeden rocznik.

O wiele gorzej będzie tam gdzie gimnazja powstały w miejscu wygaszanych kilkanaście lat temu podstawówek.

W promieniu kilkuset metrów od naszego bloku z trzech podstawówek zostały dwie. Z tego co wiem to już teraz jedna z nich pęka w szwach. Zatem zostawiamy w niej „nową” siódmą klasę czy w jakiś inny sposób uwalniamy w szkole „przestrzeń życiową”? Nawet pozostawienie sześciolatków w przedszkolach pozornie likwiduje problem. Część sal wczesnoszkolnych należałoby (ponownie) przerabiać na potrzeby starszych uczniów. W roku 2017 sytuacja będzie jeszcze bardziej podbramkowa – będą już klasy siódme i ósme i co gorsza edukację wczesnoszkolną zakończy planowo półtora „zwykłego” rocznika. Dochodzimy zatem do sytuacji w których część szkół podstawowych pęka w szwach, uczniowie wylewają się drzwiami i oknami a obok stoi pustostan po gimnazjum.

Zapewne w jakiś sposób trzeba będzie „zauczniać” pogimnazjalne budynki. Tylko jak? Dzieląc istniejące podstawówki i przenosić część klas do „gimnazjum”? Pomijam już niemal pewny protest rodziców, szczególnie jeśli ich pociechy miałyby przenieść się do gimnazjum o złej reputacji. Tam przecież nie ma sal przystosowanych do edukacji wczesnoszkolnej. Jeśli część klas siódmych i za rok ósmych będzie do nich przenoszona to po pierwsze jaki sens ma reforma. Zapewne jakimś wyjściem awaryjnym jest tworzenie w nich klas pierwszych, niestety jak już wspomniałem wcześniej na takie rozwiązanie gimnazjalny budynek nie jest przystosowany. Jak trudno jest przystosować klasę do potrzeb pierwszaków przy ograniczonych finansach wiem z własnego doświadczenia. Julka uczy się w klasie gdzie jeszcze wiosną była …. szatnia.

Czy pomysłodawca „wygaszania” posiada już jakieś analizy, jak szkoły będą wyglądać do reformie? Zapewne nie. Hasła typu: będzie dobrze, to kpina. Problemy uczniów w wieku gimnazjalnym trzeba rozwiązywać, ale czy takie drastyczne rozwiązanie przyniesie zamierzony efekt? Potrzebna jest zatem poważna debata, trzeba określić przyczyny problemów i znaleźć rozwiązania systemowe które doprowadzą do zmniejszenia problemów z tą grupą uczniów i jednocześnie nie odbiją się negatywnie na pozostałych uczniach.

Wspomniałem już o propozycji zostawienia w przedszkolach aktualnych sześciolatków. Co prawda mówi się o możliwości decydowania przez rodziców czy sześciolatek idzie do szkoły czy nie. Zapewne nieliczni zdecydują się na posłanie takiego dziecka do szkoły. Zatem od przyszłego września naukę rozpoczną gównie te dzieciaki które niedawno zostały odroczone. Może się mylę ale przykładowo w Julki szkole będzie najprawdopodobniej otwierana jedna klasa, zatem zapewne dwie nauczycielki z klas trzecich będą bez obsady. Obawiam się, że te z większym stażem wyprą z „rynku” te mniej doświadczone. Nie można wykluczyć że za rok Julka będzie miała nową wychowawczynię, gdyż obecnie pracująca jest „nowa”, a to że posiada spore doświadczenie z autystami może mieć niewielkie znaczenie. Zatem ilu we wrześniu małych uczniów dowie się, że ma nową panią? A tymi dzieciakami z mniejszych miejscowości, które są odroczone i od września muszą iść do szkoły, przy czym jest ich przykładowo osiem lub dziewięć? O mniejszej ich liczbie aż boję się myśleć

Pozostawienie sześciolatków w przedszkolach również i tym placówkom komplikuje sytuację. Aktualne przepisy gwarantują w nich miejsce dla czterolatków. Co zatem rekrutacją trzylatków? Wystarczyło wiosną wejść na jakiekolwiek forum, by przeczytać o narzekaniach rodziców trzylatków na możliwość odraczania. Ile wówczas było oskarżeń o blokowanie miejsc w przedszkolach. Przypominam jeszcze jeden fakt – prowadzenie przedszkoli to zadanie własne gmin. Na to nie ma subwencji oświatowej, jest tylko ministerialna dotacja. Mniej uczniów w szkołach spowoduje problemy finansowe w wielu gminach. Czyżby obok „wygaszanych” gimnazjalistów swoją karierę edukacyjną w oddziałach „zerówkowych” rozpoczynały sześciolatki?

W proponowanych zmianach jest jeszcze kilka „ciekawych” pomysłów. Likwidacja gimnazjów ma pociągać za sobą zmianę z systemu 4 razy 3, na system 3 razy 4. Edukacja wczesnoszkolna ma zatem trwać 4 lata. Przyznaję się bez bicia – uważam, że edukacja w czwartej klasie to dla sporej części uczniów spore wyzwanie. Znaczna część uczniów z deficytami w tym czasie pada jak muchy. Niestety nie tylko oni, mało się o tym mówi, że przejście na „wyższy” poziom edukacji póki co stanowi również dla „sześciolatków”. Również często nauczyciele wprowadzanych na tym etapie przedmiotów zgłaszają zastrzeżenia odnośnie poziomu wiedzy uczniów. Szczególnie „marudzą” matematycy. Zatem czego będą się uczyli w tej „nowej” czwartej klasie. Może podczas przeprowadzania tak gruntownej reformy warto zastanowić się nad ułatwieniem przystosowania się dzieciaków do nowej sytuacji gdzie są różni nauczyciele, poważne oceny itp.

W założeniach reformy przeczytałem jeszcze coś co mnie przeraża. Jest nią propozycja cofnięcia narzuconego nauczycielom obowiązku realizacji zadań przynależnych wyspecjalizowanym placówkom psychologiczno-pedagogicznym. Czyżby szkoła nie była już zobowiązana do realizowania zaleceń z orzeczeń o potrzebie kształcenia specjalnego? Jak zapewne wiecie Julka posiada takie orzeczenie, część zaleceń nie jest realizowanych, gdyż w opinii wieli są one głupie i sprzeczne ze stanem faktycznym. W zaleceniach znajdują się również „wymuszone” przeze mnie wskazówki które ułatwiają funkcjonowanie w szkole. Nie wiem czy już wspominałem o tym jak wyglądają Julki zajęcia rewalidacyjne w szkole, jeśli tak to przepraszam, że się powtarzam. Julka na tych zajęciach pracuje nad komunikacją z rówieśnikami – w zajęciach wraz z nią biorą udział zdrowe koleżanki, gdzie wspólnie wykonują różne zadania. Jeśli pojawia się jakiś „nowy” problem, jest on niemal natychmiast wyłapywany przez nauczycielki likwidowany w zalążku. Czyżby po zmianach taki problem byłby przekazywany do ppp i tam rozwiązywany? Już pomijam fakt, małej znajomości przez pracujące tam „specjalistki” zaburzeń występujących u dzieci, praca z dzieckiem jeden na jeden w poradni to nie to samo co pobyt dziecka w szkole. Już teraz zauważamy, że Julka inaczej pisze w domu, czy na titumowych zajęciach niż na lekcji w szkole. A co jeśli w tym wszystkich autorzy zmian chcą pójść o krok dalej i wszelkie „problemy” spychać do szkół specjalnych? Jeśli ziści się ten czarny scenariusz będzie można zapomnieć o jakiejkolwiek edukacji włączającej. Zapewne będzie można tworzyć fikcję, gwarantując dostęp uczniom z różnymi deficytami do szkół masowych, co z tego jeśli będzie zielone światło do usuwania ich przy pierwszej nadarzającej się okazji. Wierzcie lub nie ale w przez ostatnie kilkadziesiąt miesięcy udało się wywalczyć sporo zmian w dobrym kierunku jeśli idzie o możliwości edukacyjne dzieciaków niepełnosprawnych. Już jakiś czas temu słyszałem wypowiedź samorządowca związanego ze zwycięską w ostatnich wyborach partią, że wagi subwencyjne są reliktem przyszłości i należy je zlikwidować. Zwiększona subwencja oświatowa uratowała wiele dzieciaków, niewielu z nich miałoby szansę na rozwój gdyby nie „zachęta” finansowa dla placówek niepublicznych.

Może, narażę się części z Was ale na zakończenie muszę to powiedzieć, żadne reformy systemu oświaty nie przyniosą efektu, jeśli nie zmieni się podejście do nauczycieli. Bo jaki autorytet ma budzić wśród gimnazjalistów nauczyciel, jeśli od pierwszej klasy podstawówki uczymy swoje pociechy braku tego szacunku. Rzecz jasna nie ma już powrotu do sytuacji którą pamiętam ze swojej podstawówki gdy to uczennice ósmej klasy na kilkanaście dni przez zakończeniem roku szkolnego zostały przyłapane na wiejskiej dyskotece i omal co nie zostały wyrzucone ze szkoły. A teraz kto ponosi konsekwencje niewłaściwego zachowania uczniów? Gdy pierwszo czy drugoklasista uderzył kolegę w twarz to winny jest …. nauczyciel gdyż dyskryminuje „biednego” synka ponieważ na lekcji zwrócił mu uwagę by nie kłuł siedzącej z przodu koleżanki ołówkiem. No i dzieciak musiał to odreagować …

Jednym słowem czeka nas ciekawa wiosna, zapewne również gorąca.

Podziel się
  • Mi Lena

    Dzięki Bogu, że swoją edukację zakończyłam już kilka lat temu… Strach się bać tylko co będzie musiało przechodzić nasze potomstwo. Julka z tego co widzę ma wsparcie i jest dzielną dziewczynką zatem z pewnością spokojnie przebrnie przez proces edukacji i tego jej życzę. Pozdrawiam :)
    ksiezycova.blogspot.com

  • Kasia Kwiatkowska

    Ważne to słowa. Jak łatwo jest zniszczyć wszystko. Tylko budowanie na nowo kosztuje. A tego już nikt nie bierze pod uwagę. Czy w naszym kraju zawsze wszystko musi być robione na łapu – capu. Bo „nowa władza” dochodzi do rządów. A gdzie myślenie? Na wielkich stanowiskach już się wyłącza. Bo ważny jest efekt medialny? A gdzie w tym wszystkim dobro dziecka?
    http://jbsios79.blogspot.com