To już koniec…Wojtku

Wyniki wczorajszych wyborów skłoniły mnie do napisania  pewnej bajki  (ale czy z morałem?) podsumowującej kawał historii pewnej gminy.
Przyznaję się bez bicia, w jakimś stopniu przyczyniłem się do tego co dla wielu wydawało się niemożliwe.

Za siedmioma drogami, za siedmioma fosami była sobie gmina rządzona przez wielmożnego Wojtka.
Wojtek miał wielki kłopot i strapienie, co jakiś czas Stasia żądała od Niego aby przyjął pod swoje skrzydła i sowicie opłacał za niezbyt ciężką pracę kolejnego człeka z Jej niezliczonej familii. Stasia może niezbyt znała się na swojej pracy ale latami w swej księdze gromadziła wszelkie pałacowe plotki – kto komu, kto z kim, co gdzie kiedy i za ile.
I jak to w życiu bywa, co rusz trzeba było szukać w dziurawym jak ser szwajcarski skarbcu pieniążków na coraz to nowe „prośby” Stasi.

Wojtek wiedział że zawsze może liczyć na pomoc wpatrzonej w Niego jak w Słońce Peru, Danusię. Może jeszcze tego nie wiecie (bo i skąd) ale Danusia, odpowiadała za edukację najmłodszych mieszkańców w jednej z Wojtkowych osad. Wojtek miał jedną zasadą im Jego poddanych mniej się nauczy tym w przyszłości będzie też mniej z nimi problemów.
Danusia mogła dużo, bowiem przygotowywała magiczne pismo dzięki któremu ze Stolicy płynęła kasa na stadko Jej dzieciaków.
Ale i ta kasa była niezwykła, chociaż teoretycznie powinna iść na zbożny cel to można ja było wydać na hulanki i swawole. A hulanka była tym większa im mniej Danusia wydała tych pieniążków na zbożny cel.
Gdy tylko Stasia opuściła Wojtkową komnatę, zawezwano Danusię. Był to bowiem okres kiedy to Danka przygotowywała swoje pismo z wyliczeniami przed wysłaniem do stolicy. Kobicina nie potrafiła odmówić spełnienia jakiejkolwiek prośby swojego władcy. Co prawda zaklinała się, że nie może sfałszować liczb w piśmie gdyż mogą je przechwycić szpiedzy z Krainy Deszczowców i donieść takim co mogą o wiele więcej niż Wojtek. Ale zrobi wszystko aby nie wydać nawet talara z sakiewki którą dla Jej podopiecznych przeznaczono w Stolicy.
Tym sposobem udało się zebrać na żołd dla kolejnego Stasinego familianta.
Minęło kilka wiosen i lat, do wójtowej komnaty ponownie wtargnęła strażniczka gminnej kasy. Ojjj była wielce strapiona. Syn szwagra Jej nieżyjącego już od lat kuzyna zaciągnął na siano pewną dziewczynę i teraz trzeba znaleźć dla Niego jakąkolwiek robotę aby mógł utrzymać nieplanowaną nową rodzinę. Kłopot był o tyle spory, gdyż młodzieniec nie potrafił nic prócz zaciągania wiejskich dziewuch na siano bądź w pobliskie zarośla.
Niestety na gminę spadło jeszcze większe nieszczęście. W stolicy urzędnicy posłuchali podszeptów złych ludzi i zarządzili że nie wolno już wydawać pieniędzy z Danusiowej sakwy na swawole i hulanki. Wszystko ma iść na zbożny cel czyli na naukę pisania, i czytania i czegoś to jeszcze. Danusia nie wie na co gdyż jest to zapisane zapewne po zagranicznemu. Bowiem przez wiele dni wraz ze swoimi kumami próbowała rozczytać to urzędnicze pismo ale jakoś wszelkie dotychczasowe próby okazały się nieskuteczne.
Wójtowi zaufani, pijąc trunki, lulki paląc wpadli na genialny pomysł. Skoro Danusia nie wie na co to wydać pieniążki z sakwy a Ona najbardziej biegła w mowie i piśmie (tak wszystkim opowiada, ale czy to prawda tego nikt nie sprawdzał) to jest to coś na czym możliwe a nawet i zapewne zna się Stasiowy rozpustny familijant. A nawet jak się nie zna to i tak będą mówić, że się zna choćby i kołem łamali.
A że pieniążków z sakwy jeszcze zostanie, to zadrwią z tych mądrali ze stolicy i będą z niej opłacać żonę kuzyna siostry sąsiada Stasi co już ją to wójt opłaca od kilku wiosen. Przez te stołeczne fanaberie niechybnie trzeba by było ją niedługo przegnać z wójtowego urzędu. Ojj gdyby tylko Stasia wiedziała o tych wójtowym marzeniach, Ona by wówczas pokazała kto w urzędzie rządzi. Tylko jak zmusić tą niezbyt rozgarnięta dziewkę do jakiejkolwiek pracy skoro całymi dniami siedzi przez lustrem.
I tak już za kilka miesięcy, gdy tylko dzień będzie się stawał coraz dłuższy, a ze stolicy dotrze sakwa z dukatami dla Danusiowych dzieciaków przynajmniej na jakiś czas zostaną spełnione Stasine lamenty.
Niestety los bywa okrutny. Co jakiś czas bowiem ze stolicy przychodzi edykt aby wybrać nowego wójta i Jego radę przyboczną.
Wojtek ze swoimi kompanami od karczmianych trunków z których najdonośniejszy głos i nie tylko ma niejaki (swawolny) Józio i na to znalazł sposób. Wzywa Stasię, Danusię i wszystkich innych którzy są przez Niego opłacani. Mówi tylko jedno: Wicie, rozumicie. Jak mnie zabraknie to niechybnie i Was wywiozą na wozie z krowim gnojem.
Od lat Stasia, Danusia bojąc się o los swoich familii zabiera wszystkich bez wyjątku, kogo tylko zna na te (nie)potrzebne wybory. Nawet jak pojawi się jakiś śmiałek i spróbuje przejąć władzę to i tak przegra z liczną Wojtkową hałastrą.
Aż tu nagle pada jak grom z jasnego nieba wieść : Wojtka wraz z jego drużyną na wyborach zbuntowane ludziska wycieli w pień.
Co to teraz będzie ze Stasią, Danusią, Józiem, no i Stasiną familiją jak tu zima za pasem. A górale mówią, że będzie wyjątkowo ostra tego roku, ze śnieniem po same cyce …

rzecz jasna zbieżność miejsc, osób całkowicie (nie)przypadkowa.

Podziel się