Wpis niemal utopijny

Tak sobie czytam komentarze odnośnie łódzkoJiMowej afery tu i ówdzie i zastanawiam się kto je pisze.

Rzucił mi się komentarz, w którym pewna kobieta skarży się szefowie prywatnych przedszkoli z subwencji kupują dywany, meble a dzieci z autyzmem nic z tego nie mają. Powiem po raz setny jeśli takie zdarzenia mają miejsce to jest to w głównej mierze wina … rodziców. Druga strona ma mieć pełną świadomość, że my rodzice znamy swoje prawa.

Gdy właścicielka już nieistniejącego przedszkola niepublicznego, zażyczyła sobie dostarczenia wszelkich niezbędnych dokumentów potrzebnych do starania się o środki z Julki subwencji a następnie miałem się nie wnikać w to co będzie się później z tą niemałą kasą działo, powiedziałem dobitnie co o tym myślę.

Ja nie wnikam szczegółowo w wydatki jakie ponosi Julki przedszkole w związku z jej edukacją, kierownictwo zadeklarowało, że to co prosiliśmy będzie spełnione i póki co dotrzymuje słowa.

Urzędnik sprawdzający rozliczenie wydatkowania subwencji to też jest istota myśląca. Wystarczy zrobić sobie malutkie zestawienie kosztów i po góra kilku miesiącach sprawa się rypnie. Przecież nie tak trudno zauważyć kosztów wynagrodzeń brak kadry „terapeutycznej”. Fakt, urzędnik nie wie czy w rzeczywistości pani Hania „pracuje” z dzieckiem na które idzie subwencja czy opiekuje się grupą o rok młodszą jako ich wychowawczyni. Ale od tego jest rodzic dziecka. To on pierwszy widzi co się w przedszkolu dzieje.

Doskonale wiem, że nie wszystkie placówki niepubliczne skupiają się na dobru dziecka. Dotyczy to zarówno placówek dla „zdrowych” dzieciaków jak i tych przyjmujące dzieci z różnorakimi deficytami.

Zdaję sobie sprawę, że rozwiązanie idealne w sprawie subwencji nie istnieje. Dobrze, możemy tak zmienić przepisy, aby cała subwencja poszła za dzieckiem do konkretnej placówki. No ale pojawia się od razu problem z czego opłacać koszty związane z działalnością poradni psychologiczno-pedagogicznych.

Jak to mówią , dla chcące nic trudnego. Można zacząć od tego aby „zmusić” samorządowców do przekazywania minimum 75 czy 80 procent subwencji do placówki gdzie chodzi dziecko.

Pozostałą część również należy przeznaczyć na cele ściśle związane z edukacją. Ktoś powie, tylko 75 procent? Wierzcie mi, na podstawie rozmów z wieloma rodzicami, lepsze to niż to co niektóre samorządy wydają na zwiększone potrzeby edukacyjne „naszych” dzieci.

Julka do szkoły idzie za rok. Ale już od pierwszej naszej rozmowy odnośnie Julki, szkoła która ma ustawowy obowiązek przyjąć Julkę podkreśla że z powodu braku środków niczego nam nie może zapewnić.

Gdy Julkomama wspomniała, że wie coś o zwiększonej subwencji, szybko zmieniono temat rozmowy.

Od września władzę w naszej szkole obwodowej obejmuje nowa pani dyrektor, zobaczymy jakie Ona będzie miała podejście do sprawy Julki edukacji.

A wierzcie mi, jako Julkorodzice nie wymagamy dużo.

Gdyby placówka oświatowa miała jakąś realną korzyść, z przyjmowania dzieci niepełnosprawnych to sądzę, że zmieniło by się ich podejście do „naszych” dzieci. Również kierownictwo placówek, zapewne ograniczyło by podburzanie rodziców „zdrowej części” klas. Po części rozumiem, kierownictwo publicznych placówek oświatowych, nie chcą domagać się za dużo pieniędzy z góry aby nie podpaść szefom. Ale są też tacy dyrektorzy którzy szczycą się tym, że robią wszystko aby nie wydawać ani jednej złotówki ze środków o które mogliby „powalczyć”.

Głosów, popierających aktualne rozwiązania prawne, aż nie mam siły komentować. Oczywiście chodzi o mi o głosy ludzi, którzy nie są w jakikolwiek sposób związani z naszymi dziećmi a chwalą sobie wydawanie subwencji oświatowej na potrzeby związane przykładowo z zimowym utrzymaniem dróg. Skwituję to tak – jak Kali kraść to dobrze, jak Kalego okradać to źle.
Kurcze mogliby przynajmniej przeznaczać kasę z subwencji na koszenie przydrożnej fosy obok Julki działki wczasowo-budowlanej. A tak muszę czekać do kolejnej małej powodzi aby ktoś z odpowiedzialnych za to służb robił w pocie czoła to za co odpowiada jednocześnie próbując prześcignąć żywioł ;)

Doskonale zdaję sobie sprawę, jak bardzo „lubią” mnie urzędasy z pobliskiej gminy, której jestem oficjalnym mieszkańcem a Julka nie ;) Przez te kilka lat jak tak sobie policzyłem to są na mnie stratni lekko licząc ponad 200 tys. zł. Niby to nie dużo, ale zawsze było by na opłacenie etatu dla kolejnego niezbędnego urzędnika.

Podziel się
  • iwona

    brawo.nasze urzędy otoczone są murem o który walimy głowami.a o subwencji cicho sza nic nie wiemy.