Kobicina kontra władza

Sezon ogórkowy w pełni, nic ciekawego się nie dzieje. Aż tu nagle koleżanka dzieli się wrażeniami po odbyciu „interesującej” rozmowy ze swoim burmistrzem o tym jak wyobraża sobie edukację przedszkolną dziecka z orzeczeniem. Oczywiście wcześniej popytała innych zaprawionych w bojach rodziców co i jak. Nie muszę tłumaczyć, że chodzi o sposób wykorzystania środków i to nie małych  z subwencji oświatowej. Trzeba przyznać, że burmistrz wybrał innowacyjną metodę jeśli nie pozbycia się „problemu” to przynajmniej odwleczenia konieczności podjęcia decyzji w czasie. Metoda na wielkie oczy ;)

Kobicina zatem spokojnie i rzeczowo referuje swoją sprawę a urzędnik gminny z każdym Jej słowem robi coraz bardziej zdziwioną minę. W końcu „władza” dowiaduje się tylu „nieznanych” rzeczy, że robi to co wydaje się najrozsądniejsze w tej sytuacji. Zapewnia, że wszystko dokładnie posprawdza, wszystkiego się dowie, popyta bardziej kompetentnych osób. Minęło kilka dni, urzędnicy wszystko posprawdzali, podowiadywali się i orzekli – kobicina może i ma rację ale nie do końca, owszem coś takiego jak zwiększona subwencja oświatowa istnieje ale na przedszkolaki się to nie należy. Owszem, zapewniliby dziecku fachową pomoc w przedszkolu, no ale z czego, jak bliżej nieokreślona „góra” nie daje na to pieniędzy. Przecież wybory za pasem, trzeba przygotowywać świeżą kiełbachę wyborczą. Aby spełnić te (nie)realne marzenia kobiciny, musieliby zapewne zrezygnować z budowy chodnika, zimowego utrzymania dróg gminnych.

Muszę przyznać, że rozwiązanie jest genialne, rodzic nie tylko nie będzie się domagał efektywnego wydawania pieniędzy na dziecko. A co ważniejsze „problem” odsuwa się o kilka lat. Jak dzieciak pójdzie do szkoły, to zobaczy co da się zrobić, zapewne znowu przygotuje się  jakąś „ściemę”. A może to już kto inny będzie się musiał wówczas zmagać się z tą zacną kobiciną.

Swoją drogą to jakaś dziwna metoda na pozbywanie się namolnego rodzica. Dotychczas próbowano nam wmawiać, że owszem kasę z subwencji dostają, ale tak niewiele, a koszty edukacji naszych dzieci są taaakie duże, że musimy się cieszyć z tego co dostajemy.

Do ubiegłego roku o pieniążki na utrzymanie „zdrowych” przedszkolaków samorządy musiały się martwić same (zadanie własne gminy).  Na dzieciaki z orzeczeniem o  potrzebie kształcenia specjalnego dostawały i nadal dostają  pieniążki z „góry”. Stosowne przepisy (Rozporządzenie Ministra Edukacji w sprawie sposobu podziału części oświatowej subwencji ogólnej) przewidują dwie wagi: P28 i P36, według których naliczana jest subwencja z budżetu państwa na objęcie niepełnosprawnych maluchów edukacją przedszkolną a wielu przypadkach dolicza się również wagę P41 (wczesne wspomaganie rozwoju). No ale od tego roku nawet na te „zwykłe” jakaś kasa idzie – fakt nie jest do dużo  niewiele ponad 1200 zł rocznie. Dlatego, twierdzenie, że „góra” pieniędzy nie daje jest co najmniej wątpliwe. A o tej ostatniej zmianie w każdym serwisie informacyjnym trąbili, zapewne nawet panowie z ławeczki pod sklepem o tym słyszeli.

Nie twierdzę, że urzędnicy muszą się na wszystkim znać, wszystko wiedzieć. Gdy czegoś nie wiedzą, zawsze mogą poprosić o czas na zapoznanie się z danym zagadnieniem. Ale wciskanie kitu w żywe oczy, to już przesada. Ludzie, żyjemy w XXI wieku, czasem wystarczy godzina i rodzić zweryfikuje urzędnicze rewelacje.

Wiecie co? od jutra zaczynam się martwić, wszak dobrze wiem, że edukacja przedszkolna Julki od kilku lat jest finansowana przez MEN. Dotychczas wydano to ten cel grubo ponad 100 tyś. zł. Kurde jeśli ten burmistrz rzeczywiście ma rację? Skarb państwa zażąda zwrotu kasy od przedszkola, a przedszkole od nas.
Może się mylę, ale burmistrz zapewne nauki pobierał u mistrza naginania faktów o systemie oświaty, mojego ulubionego gminnego watażki, Wojtka W.

Przypomina mi się sytuacja sprzed kilku lat, gdy pewna rodzina wychwalała pod niebiosa pewnego wójta który tak przejął się losem ich dziecka niepełnosprawnego, że zaproponował aż dwie godziny rewalidacji tygodniowo. On też zapewniał, że robi „to po znajomości”, gdyż na takie kasy z Warszawy nie dostaje, niemniej orzeczenie z ppp wziął do akt. Dlaczego o tym pisze? A to dlatego, że brat ojca dziecka obraził się na mnie gdy powiedziałem co myślę o takiej dobroduszności gminnych władz.

Chociaż czasem to rodzice mnie zaskakują, opowiadają, ile to załatwili zajęć w przedszkolu dla własnego dziecka. W niektórych przypadkach to nawet mnożnik 9,5 nie zapewnia sfinansowania tego wszystkiego co wynegocjowali. Lepszym negocjatorom to nawet (prawie) udało się zmienić profil przedszkola ;)

Zatem na koniec taka mała prośba: idąc na rozmowę dotyczącą edukacji „naszego” dziecka przygotujcie się do rozmowy. Po pierwsze aby wiedzieć czego można się domagać, czy nie robią wam wody z mózgu, a po drugie aby nie wymagać rzeczy nierealnych. W tym drugim przypadku nie tylko nie zostaną spełnione wasze wzięte z sufitu warunki, niekiedy zostaniecie całkiem odesłali z kwitkiem a co najgorsze zrazicie do „nas” dyrektorów placówek oświatowych.

Ps. A na zdjęciach burmistrz wydaje się taki „fajny” i yyntelygentny, nawet bloga prowadzi.

Podziel się