Gdzie leży prawda?

Prowadzenie bloga, to niełatwe zadanie. Są dni, kiedy  nie ma o czym pisać ale również są też takie chwile gdy jakaś informacja jest na tyle ciekawa, że człowiek „musi” się jakoś do niej odnieść. Ta druga sytuacja była inspiracją do napisania dzisiejszego wpisu.
Przeczytałem historię wyrzucenia  ucznia z pewnej toruńskiej szkoły prywatnej, niemal natychmiast uzyskaniu informacji „zdiagnozowaniu” u Niego Zespołu Aspergera.
Za wstępie podkreślam, że wiedzę są opieram na kilku artykułach prasowych. Niestety żyjemy w takich czasach w których przekaz medialny jest podstawą do różnych osądów.

Nie wiem, kto w tym sporze ma rację, kto kogo chciał „przechytrzyć”. Zatem postaram opisać problem ogólnie, jedynie posiłkując się  wspomnianą „aferą”.

Uważam, że w relacjach szkoła (przedszkole) – rodzic, w szczególności w przypadku dziecka z dysfunkcjami jest szczerość. Gra w otwarte karty oznacza jedno – każda ze stron wie na czym stoi oraz czego może oczekiwać .
Prawda jest brutalna – różne dysfunkcje, problemy, deficyty dziecka widać – wcześniej czy później nawet najbardziej skrzętnie „usterki” dziecka wypłyną do wierzchu. Oczywiście mam na myśli sytuacje w których rodzice takową wiedzę posiadają. W sytuacjach gdy nagle się pojawia ważna jest reakcja rodziców. Można mówić nauczyciele uwzięli się na nasze grzeczne dziecko lub nawet zmienić błyskawicznie placówkę, tylko co to da? Nic, nie da – za kilka tygodni, miesięcy problem powróci i to jeszcze ze dwojoną siłą. Jestem pełen podziwu dla rodziców Julko koleżanki, którzy mając zdrowe dziecko, a widząc, że się Jej zachowanie zmieniło się na gorsze zareagowali. Kilka miesięcy wspólnej pracy ze specjalistami i już jest lepiej.

Rozwiązaniem idealnym jest oczywiście sytuacja – gdy placówka decyzję o przyjęciu dziecka (lub też nie) podejmuje świadomie, wiedząc o wszelkich znanych problemach z dzieckiem. Dodatkowo placówka powinna mieć okazję by  zorientować czy w razie ewentualnych kłopotów może liczyć na współpracę z rodzicami. A jeśli już korzysta z jakiejś formy pomocy, czy będzie możliwa jeśli nawet nie ścisła współpraca to przynamniej wzajemna wymiana informacjami.

Na konfliktach przedszkole, szkoła – rodzic zawsze traci dziecko.

Nie wiem jak było w przypadku tego Jasia z Torunia, ale jakoś trudno mi wierzyć, aby przez półtora roku w czasie którego dziecko chodziło do szkoły nie było jakichkolwiek problemów i dopiero placówka ostro zareagowała gdy rodzice przynieśli zaświadczenie lekarskie. Albo dziennikarz nie wie o czym pisze, albo jest w tym wszystkim pewna nieścisłość i niedomówienie. W systemie oświaty ważne są dokumenty wydawane przez odpowiednie poradnie.  Dla przedszkola Julka ma autyzm, nie dlatego że posiada diagnozę z Warszawy tylko dlatego, że na orzeczenie o kształceniu specjalnym i to tam są zawarte informacje co powinno się robić z naszym Tisiem.  Zaświadczenia lekarskie są ważne dla NFZ czy szpitala, ale dla oświaty mają drugorzędne znaczenie. Znam dzieciaki posiadające orzeczenie o niepełnosprawności, ale mimo podstaw ku temu ich rodzice nie widzą potrzeby „wyrabiania kształcenia specjalnego”.

Co więcej spotkałem się z historiami (prawdziwymi) w których wyłącznie na podstawie diagnozy, próbowano wymóc na placówce oświatowej zatrudnienia „cienia”, zwolnienia z czesnego, czy też innych przywilejów. Odpowiedź mogła być tylko jedna – stanowcze NIE.  Wówczas, muszę przyznać rację przedszkolu, szkole, nawet największe żale, lamenty, argumenty o dyskryminacji tego nie zmienią.

Tak jak to mówię w przypadku diagnozy – to tylko papier, dzień przed i dzień po dzieciak niemal identycznie się zachowuje. Sytuacja w której rodzic przynosi jakiś „ważny papier” do przedszkola czy szkoły powinien skutkować wyłącznie jednym – obie strony siadają przy stole i dyskutują co dalej robić. Zawsze znajdzie się rozwiązanie kompromisowe, dobre nie tylko dla tego dziecka, ale również o czym często się zapomina które nie będzie obciążeniem dla jego kolegów i koleżanek.

Dla mnie sytuacja jest jasna, prawo jest prawem – jedynym powodem skreślenia dziecka z listy uczniów może być złamanie odpowiedniego paragrafu w statucie. Przypuszczam zatem, że szkoła już wcześniej miała już problemy z dzieckiem, i  zatem przy pierwszej nadarzającej się okazji postanowiła go rozwiązać. Jeśli Jasiek sprawiał problemy na muzyce(może z powodu nadwrażliwości słuchowej) to zapewne dało by się to jakoś rozwiązać.

Nie wie jak w innych placówka, ale w Julki przedszkolu umowa zawierana jest na roczny okres, po czym podpisywane są odpowiednie aneksy.

Wystarczyło, zatem kilka miesięcy wcześniej lub później załatwić sprawę w sposób bardziej kulturalny i cywilizowany. A tak Kuratorium Oświaty nie miało innego wyjścia jak przyznać rację rodzicom.

W wspomnianej „aferze” bulwersuje to jakieś „potajemne” nagrywanie dziecka telefonem komórkowym. Przyznaję , Julka była i zapewne jeszcze będzie wielokrotnie nagrywana, na różnych terapiach, w różnych placówkach i zawsze podkreślam zawsze podpisywaliśmy odpowiednią zgodę. Filmy takie mogą być niezbędne do analizy zachowania dziecka. Ważne jest kto i gdzie będzie mógł je oglądać.

Jeszcze jedno mnie w tym wszystkim  martwi – w komentarzach słychać wręcz takie głosy – płacę za szkołę więc domagam się takiego a nie innego otoczenia dla dziecka  (czytaj zdrowego).  Jak chciałbym aby moje idealne dziecko chodziło do klasy integracyjnej (czytaj z gorszymi dziećmi) to bym je do takiej zapisał. Rodzicu wiedz jedno – Twoje dziecko nie jest idealne.

Tak się jakoś dziwnie (a może i nie) składa, że Julka nie jest jedynym „innym” dzieckiem. Ta inność jest różna – kolor skóry, narodowość, język, niepełnosprawność. Przedszkolanki  powiedziały mi jedną świetną rzecz – dzieciom wystarczy wyjaśnić związane z tym zawiłości i nie ma kłopotów. One sobie na swój sposób to zinterpretują i wszytko gra;)

To my dorośli, często robimy z igły widły.