Jak to jest być Julkotatą

Bycie ojcem dziecka to nie taka prosta sprawa. Sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje, gdy dziecko nie jest „idealne”. Niestety wielu z nas robi krok w tył i bierze nogi za pas…i tyle go widziano. Panowie, nie ma udawać, że tak nie jest jak jest. Wychowanie dziecka niepełnosprawnego, też daje dużo satysfakcji.
U nas podział był od początku jasny – do wychowywania Julki włączałem się popołudniu, po zakończeniu pracy zawodowej. Nie zawsze zdążyłem zjeść obiad, gdy już w boksach startowych czekała Julka. Zbliżała się moja godzina powrotu do domu (a nie miałem wówczas ruchomego czasu, więc wracałem o wiadomej porze ) i moja córeczka zaczynała płacz. Uspokajała się dopiero gdy siedząc w wózku widziała wnętrze windy. Weekendy też w miarę możliwości od małego spędzaliśmy razem – najczęściej z uwagi na różne zajęcia „pedagogiczno- szkolne” Julkomamy. A nocne wstawanie (no poza karmieniem piersią) to też była moja dziedzina. I tak już pozostało, nieraz Julkomama dopiero rano dowiaduje się co działo się gdy smacznie sobie spała.

O ile rehabilitacja Julki przed erą autyzmu nie była zbyt czasochłonna, to mając pewność, że z nami mieszka autyzm to już coś zupełnie innego. I nie wynikało to wyłącznie z chęci odciążenia Julkomamy od części obowiązków, co oczywiście było jasne i oczywiste. Problem był bardziej złożony – nasz Tisio zupełnie odmiennie reagował na zajęcia gdy w pobliżu był ten a nie inny rodzic.
Pierwszymi zajęciami w Titimie w jakich uczestniczyła Julka była muzykoterapia. Ponieważ na zajęcia grupowe w Ośrodku Wczesnej Interwencji chodziła razem piękniejsza część rodziny to również i tak było tym razem. Wyszły, a może raczej wybiegły obydwie zapłakane – mówiąc nigdy więcej. Nie było zatem innego wyjścia – w następne piątkowe popołudnie poszedł więc Julkotata ze swoją córeczką.
Ponieważ w owym czasie ówczesna Julki grupa była opanowana przez kobiety, wszystkie mamuśki orzekły, że tydzień wcześniej musiało być inne dziecko. Owszem Julka zachowywała się tak jak się zachowywała ale była znaczna poprawa. Od tek pory za muzykoterapię był odpowiedzialny tata.
I tak sobie chodzimy prawie cztery lata. To taka nasza świecka tradycja. Wstawałem rano w sobotę by Julka mogła jak najefektywniej korzystać z zajęć. I robiłem to dlatego, że kocham swoją córeczkę, a nie by móc w zimowe poranki oglądać pewną nie zawsze kompletnie i stosownie do sytuacji ubraną mamuśkę która była w potrzebie.
Na innych zajęciach grupowych w stowarzyszeniu z uwagi na grafik Julkotata nie mógł uczestniczyć.
No ale los nie zawsze bywa okrutny – pojawiła się możliwość uczestnictwa w zajęciach wg Weroniki Sherborne Julki w asyście taty. Zrobiliśmy to na próbę, zobaczyć jaki będzie efekt. Prawdopodobnie domyślacie się jakie były słowa terapeutki prowadzącej zajęcia Uległem mamową młodej (ładnej) kobiety i na kolejne zajęcia chodziliśmy razem w duecie – tata i córka.
A jak już chodziłem na zajęcia grupowe to i opanowałem również te indywidualne. Julkomamie pozostały jedynie zajęcia w OWI i WWR. Dopiero po wielu miesiącach zajęć grupowych u boku taty, Julka może bez problemów ćwiczyć z mamą.
Jeśli któraś z terapeutek chce porozmawiać o Julce, to może śmiało to zrobić ze mną. Moja rola nie ogranicza się do funkcji odprowadzaczo-przyprowadzacza.
Drogie mamy, jeśli jakakolwiek terapeutka proponuje aby na zajęciach był obecny Pan mąż, partner zamiast Ciebie, to nie dlatego, że ktoś”leci” na Twojego faceta. Może jego obecność pozytywnie wpływa na zachowanie dziecka. Doskonale zdaję sobie sprawę że kobity wiedzą wszystko najlepiej, ale czasem dla dobra dziecka warto oddać cześć pola facetom.
Czasem muszę być również strażakiem i gasić różne domowe „pożary”. Nie wiem jak innych rodzinach ale u nas, „moje” kobiety nie zawsze potrafią się dogadać. Kłócą i godzą się kilka(naście) razy dziennie
Bywają sytuacje, gdy Julka będąc na wyłącznie z mamą ma jakiś „plan” i trzeba wybić go z głowy.
Wówczas jest jedno wyjście – telefon do taty. Nie wiedząc czemu, Julka niemal zawsze cierpliwie wysłuchuje co mam Jej do powiedzenia ;)
Rzecz jasna Julka o mnie dba, wybierając się do sklepu zawsze pyta co mi trzeba kupić. W sobotę nawet podzieliła się czekoladą – no prawie. Ni edała rady zjeść całej i dumnie przyniosła mi kawałek w opakowaniu mówiąc – Tatusiu to dla Ciecie i ja durny schowałem ją do lodówki, z zamiarem późniejszej konsumpcji. Wczoraj było już tylko puste opakowanie ….

Podziel się