Katastrofa

Od kilku dni Julka cieszyła się, że w sobotni poranek pójdzie na zajęcia do nowej pani od terapii zajęciowej – pani Wioletki. Zazwyczaj gdy Julka nie może się czegoś doczekać to w dniu w którym to coś ma się wydarzyć budzi się niemal równo z kurami. No ale nadeszła ta sobota i obudziliśmy się za pięć ósma, a zajęcia miały się rozpocząć o … równej ósmej. Nawet wojsko w najwyższym stopniu gotowości bojowej ma dłuższy czas reakcji niż my wczoraj. Na zajęcia spóźniliśmy się raptem dwie minuty ;)
Julka grzecznie ćwiczyła z nową terapeutką gdy …. uaktywnił się telefon Julkomamy i zaczęły znienacka dochodzić zaległe esemesy od terapeutów, którzy chcieli wykorzystać wczorajszy dzień na odrabianie zaległości. Nie wiedzieć czemu ale Julkomama ma szalony telefon, niektóre wiadomości tekstowe dochodzą następnego dnia po wysłaniu przez nadawcę, niektóre do tej pory mino upływu wielu tygodni nie nadeszły. W drugą stronę jest podobnie, no ale już niedługo Julkomamie zostanie przeniesiony numer telefonu, Ona nauczy się obsługi nowoczesnego smartfona i będzie ok ;)

Tak się jakoś dziwnie poukładało, że zgraliśmy wszystkie zajęcia, obyło się nawet bez jakiejkolwiek rezygnacji z proponowanych zajęć.
W sumie uzbierało się tego wczoraj aż 3 i pół godziny zajęć. No ale co to jest dla Julki.
Ale na sobotę plany względem nas miała pobliska parafia. W tym roku i tak Jula miała szczęście bo chwilkę porozmawiała z księdzem pod klatką gdy wracała na krótką przerwę pomiędzy zajęciami. W ubiegłym roku Jula swoją kolędę miała w windzie ;)
Nasi lokalni duszpasterze są tolerancyjni, i rozumieją jak ważne są zajęcia z terapeutami dla Julki, dlatego wystarczy powiedzieć co w tym czasie robi nasza niesforna córeczka i dlaczego nie ma Jej z nami.
Najbardziej była z takiego a nie innego obrotu sprawy zmartwiona Julka. Przygotowała dla księdza autorką wersję kolędy, miała te tylko śpiewać ale i grać na organkach.
No ale na wczoraj mieliśmy zaplanowane jeszcze jeden punkt programu … rodzinne robienie szopki bożonarodzeniowej na przedszkolny konkurs. Teraz chcemy przechytrzyć konkurencję i swoje dzieło przyniesiemy w ostatnim możliwym terminie. Już początki nie były najlepsze, ale i tak nic nie zapowiadało późniejszej katastrofy. Julka postanowiła że praca musi być zespołowa, a zespół wg Tisia to są tylko i wyłącznie dwie osoby. No a nas jest trójka, w końcu uległa pod naporem naszych argumentów i zgodziła się aby pracę mogła wykonać cała nasza trzy osobowa rodzina.
Plan był doskonały – szopka miała być z elementów piernikowych. Ciasto zostało przygotowane już w piątek, formy pomocne przy wykrawaniu w sobotni ranek i tak to wieczorem przystąpiliśmy do pracy. Nie będę wnikał w szczegóły ale finał prac był tragiczny. Nie wiedziałem kogo pocieszać Julkomamę kóra zobaczyła że zamiast smukłych figurek, z piekarnika zostały wyciągnięte nieestetyczne, grube figury. Czy Tisia, który zawczasu został poinformowany że nasza szopka może być zjedzona. Oczywiście gdyby ktoś miał na nią ochotę, ale gdy zobaczyła co toś wpadła w histerię – przecież czegoś takiego nie można zjeść.
A trzeba powiedzieć, że nasza córeczka do prac przy szopce była przygotowana profesjonalnie. Postanowiła mieć prawdziwy fartuch, sądziliśmy że zadowoli się ścierką owinięta wokół talii, ale nie. Julka musiała mieć taki fartuch jak kucharz z Jej przedszkola. Kilkukrotne próby uczepienia ścierki pod pachami spełzły na niczym. W akcie desperacji fartuch został zrobiony z foliowej reklamówki.
Skoro głównym podejrzanym było ciasto, po rodzinnej burzliwej naradzie, przerywanej kilkukrotnie napadem płaczu Julki ustaliliśmy, że nie tędy droga. Od czego jest Julkomama, wszak jest plastykiem ;)
Do późnych godzin nocnych była robiona nowa szopka… ale i tak jeszcze nie jest gotowa.
Co to za szopka dowiecie się …jutro. Ale możecie mi wierzyć już to co jest pięknie wygląda ;)

Podziel się