Wpadka

U nas w domu specjalistą od spraw logistycznych jest Julkotata. To na jego głowie jest planowanie tras,  sprawdzanie połączeń  komunikacyjnych, wszystkiego  co wiąże się z przemieszczeniem z punktu A do punktu B. W tym tygodniu ,pewnego poranka, Julka zażyczyła sobie aby to Julkotata zaprowadził ją do przedszkola. Obiecała się szybko rano pozbierać  aby to było wykonalne. Troszkę się to przeciągnęło i aby zdążyć na autobus trzeba było niemal biec. Na przystanek na dworcu komunikacji lokalnej Jula wraz z tatą dotarła dwie minuty przed planowanym odjazdem autobusu. Ale coś autobusu nie widać, coś podejrzanie mało ludzi.  Julkotata patrzy więc na rozkład jazdy wywieszony na przystanku i ….następuje olśnienie. Przecież kurs z godziny 7.00 zlikwidowano miesiąc temu, najbliższy jest dopiero za pół godziny. A to zdecydowanie za późno. Nie ma innego wyjścia tylko iść na inny autobus. Tisio nawet przyjął ten niespodziewany cios mężnie, nie było płaczu, histerii i krzyków, powiedziała że musi to być ostatni raz, i że trzeba uważać. Tak więc trzeba było wrócić na główną ulicę i pomaszerować na stary wypróbowany przystanek autobusowy. Niepotrzebnie tylko przeszliśmy ponad 200 metrów, by wrócić niemal w to samo miejsce. Ci którzy znają trochę Rzeszów wiedzą że w zależności od trasy autobusu ostatni przystanek na ulicy Dąbrowskiego ma różną lokalizację. W naszym przypadku dogodniejsze są linie które skręcają w lewo lub prawo na skrzyżowaniu. Julka przystanek tych linii określa jako drugi (te jadące prosto zatrzymują się wg naszej córeczki na trzecim). Gdy już dotarliśmy na przystanek nadjechał autobus linii 30, a zatem taki który średnio nam odpowiadał – trzeba by było iść z „trzeciego” przystanku do przedszkola.  Szybka decyzja nie jedziemy i czekamy dalej. Przyjechał kolejny autobus jedzie przez Dąbrowskiego – wsiadamy, tylko Julkotata znowu zaliczył wpadkę gdyż trasa jego trasa pokrywała się z tym który sobie odpuściliśmy i efekt był podobny trzeba było pokonać niepotrzebnie kolejne kilkadziesiąt metrów.

Wczoraj padał śnieg, padał to może za duże słowo ale i tak Rzeszów stanął w korkach a komunikację miejską wręcz sparaliżowało. W czwartki popołudniowe zajęcia zaczyna już o 16.30. Wszystko mamy już tak przepracowane że nawet uwzględniając notoryczne spóźnienie autobusu którym wracamy z jak to mówią z palcem w …. (czterech literach) spokojnie wyrabiamy. No ale nie wczoraj. Autobus spóźnił się co najmniej 25 minut – tyle na niego czekaliśmy i sobie odpuściliśmy. Nic nie pozostało z naszych planów i trzeba było odwołać w ostatniej chwili zajęcia. Ale co ciekawe  autobusy linii którą wracamy gdy nam się nie spieszy i mamy więcej czasu w czasie naszego pobytu na przystanku przyjechały aż 4 (wg rozkładu powinny 2 ) a najśmieszniejsze jest to że dwa z nich dzieliła jedna zmiana świateł na skrzyżowaniu – pierwszy przejechał na zielonym drugi musiał odczekać  swoje na czerwonym świetle i mimo że był to już 5 przystanek był pusty co raczej jest czymś niezwykłym o tej porze dnia.  Tylko Jula się cieszyła obserwując pierwsze oznaki zimy ;)

A to co Jula myśli o tym wszystkim ;)

Groźna Jula

Podziel się