Łańcucka eskapada

Na niedzielę zaplanowaliśmy nie lada niespodziankę dla naszych rodzinnych maluchów. Po długich i burzliwych naradach ustaliliśmy, że pojedziemy do Łańcuta i to wykorzystując komunikację publiczną. Niestety trzeba było się nagimnastykować aby wszytko zagrało pod względem logistycznym – w ostatnich dniach wypadło sporo kursów autobusowych z Rzeszowa do Łańcuta, gdyż zakończył swój żywot chyba najważniejszy obsługujący tę trasę przewoźnik. No ale kilka minut po 12-stej, zgodnie z planem podjechał wyczekiwany komfortowy jak na polskie realia i można było odbyć niespełna półgodziną podróż. Z łańcuckiego dworca PKS najbliżej jest do jednej z bocznych bram zamkowego parku. Tak więc wycieczkę rozpoczęliśmy od „końca”. Niestety pierwszy punkt programu – zwiedzanie Storczykarni ominął nasze skrzaty, gdy ta starsza część grupy „wycieczkowej” podziwiała kwiaty, maluchy szukały rekina w wodzie i były w ….ubikacji, o czym Julka głośno tak aby wszyscy słyszeli poinformowała tatę i babcię. No, nie przecież to rzecz niemal niespotykana w XXI wieku ;)

Później Julka wraz z dzielnym druhem troszkę połamała regulamin i pobiegała sobie po trawnikach. Trwały również intensywne poszukiwania biedronek na olbrzymich pniach kilkusetletnich drzew. Niestety żadnej nie znaleziono.

Jak się jest w zamku to trzeba zobaczyć pojazd jakim jechał na bal Kopciuszek, tak więc Julka pod czujnym okiem dziadka poszła zwiedzać Stajnie i Wozownię. Nie wiem kto był bardziej zadowolony z tej części programu – Julka która widziała powozy i karety a nawet niedźwiedzia, czy też dziadek który to wszystko wnuczce pokazywał. Dziewczynki widziały również Oranżerie, gdzie główną atrakcją było wrzucanie monet do studni.

Po zwiedzaniu paku, ogrodów różanego i włoskiego nadszedł moment na coś na co maluchy czekały najbardziej. Uprzedzam fakty – samego pałacu nie zwiedzaliśmy. Po krótkim odpoczynku na ławeczce obok dwóch dawnych burmistrzów Łańcuta można było się udać do prawdziwej restauracji. Julka dostała obiad dwudaniowy, niestety rosołek musiał zjeść Julkotata jako przystawkę ;) Znaleźliśmy małą restauracją oddaloną troszkę od zamku, wygląd lokalu może troszkę kiczowaty ale jedzenie całkiem smaczne no i ceny też przystępne. Aby nie uprawiać kryptoreklamy podam tylko adres – Rynek 3 ;) A po sytym obiadku – deser i kręcone lody z automatu, po które trzeba było stać w długiej kolejce na chodniku.

Lody zjedzone więc można udać się w długi marsz na stację kolejową , nie korzystamy wszak z samochodów (ot taka fanaberia). A na dworcu niespodzianka – nie ma żadnych ławek do siedzenia, dobrze że były murki ;)

Tak więc po niespełna sześciogodzinnej eskapadzie powróciliśmy do domu, a tam Julka zapragnęła oglądać bajki, nim zdążyliśmy wsiąść do ręki pilota Julka już spała w pełnym umundurowaniu (tylko buty zdjęła).

A na wiosnę kolejna wyprawa ….

 

Fotorelacja z wyprawy dostępna jest w galerii, zachęcam do odwiedzin.

 

Podziel się