Dzień dziecka cz.2

Drugi dzień obchodów Dnia dziecka przywitał nas ładną pogodą, oczywiście były jeszcze widoczne pozostałości po nocnej ulewie ale od rana już świeciło ładnie słoneczko. Na niedzielę zaplanowaliśmy wizytę w pewnym rzeszowskim  muzeum.  Julka ten dzień spędzała wspólnie ze swoim, młodszym o rok druhem od zabaw.   Nawet nie wiecie jak dwie małe dziewczynki wpadły w zachwyt widząc Scoby Doo, a dokładniej niewielką naklejkę z jego podobizną przyklejoną witryny sklepowej nieopodal rzeszowskiego rynku – taka mała rzecz a jak cieszy. Jak już przechodziliśmy przez rynek postanowiliśmy zobaczyć jak wygląda podziemna trasa turystyczna. Początkowo nie mieliśmy w planach jej zwiedzania ale jak główne zainteresowane zobaczyły zbroję, od razy stwierdziły że jest to rycerz Mike, koniecznie chcą zobaczyć więcej. Trzeba było na szybko zmieniać plany, wszak to było ich święto.
Sama trasa może nie wzbudziła dużego entuzjazmu u maluchów, ale były takie rzeczy które wprawiły Je w niemały zachwyt, jedną z nich była gablota z glinianymi figurkami.Gliniane cuda
Ale dopiero możliwość wspinaczki po stromych metalowych schodach to dopiero było niesamowite przeżycie.
Ale schody
No ale w końcu w lśniącej zbroi zaprezentował się upragniony, rycerz Mike a kilka kroków dalej nawet dwóch;)
Zbroja rycerza
Po wyjściu z rzeszowskich podziemi, mógł się odbyć pierwszy planowy punkt programu – wizyta w muzeum dobranocek. Rodzice też mieli nioespodziankę, tego dnia wstęp był bezpłatny, trzeba było się tylko wpisać na listę.
A tam było prawdziwy hit można było usiąść sobie obok „prawdziwego” Misia Uszatka i to w takiej ławce szkolnej, która pamięta czasy nauki szkolne jeśli nie rodziców to dziadków, taka była stara.
Nauka z misiem
Część postaci z bajek Julka znała, części zupełnie nie kojarzyła. Próbowaliśmy tłumaczyć co w danej chwili oglądamy.
a co to za bajka?
Julka z każdą minutą przejawiała coraz mniejsze zainteresowanie zwiedzaniem muzeum, nie mogła doczekać się już kolejnego punktu programu. Doszło nawet do tego, że było Jej obojętne jaka pamiątka zostanie dla Niej zakupiona z muzealnym sklepiku.
A to jest to na co czekała:
margonald
Wzrok Was nie myli to margonald ;) Przynajmniej tak nasza córeczka nazywa ten przybytek serwujący śmieciowe jedzenie. Wiecie co? Julka konsumując kawałek kurczaka w panierce zapytała czy w torebce Julkomamy na pewno jest zakupiona kilkanaście minut wcześniej pluszowa pamiątka.
Co za radość
No i ten żółty balon to jest naprawdę coś.
Już prawie dochodziliśmy do naszego osiedla gdy … z nieba zaczęło padać.
Julka weszła do mieszkania i od razu poszła spać. Tyle wrażeń na jeden dzień to stanowczo za dużo na tak małe dziecko ;)
A nam, Julkorodzocom nie pozostaje nic innego tylko kiedyś w przyszłości „sprzedać” na kilka godzin Julkę by samodzielnie pozwiedzać wspomniane wcześniej placówki kulturalne.

Podziel się