Wypadek

Wczoraj doszło do strasznego wypadku. Zostałam sama z Julią bo tato musiał pojechać pomóc babci i dziadkowi. Najpierw musiałam walczyć z ” Julią Królewną” aby się przebrała z sukienki karnawałowej Barbi w normalny strój adekwatny do pogody. Kiedy się to w końcu udało nasze wyjście na spacer rozpoczęłyśmy od najważniejszego punktu programu, czyli od odwiedzin sklepu gdzie sprzedają lody gałkowe, które nasze maleństwo uwielbia. Dawno tam nie chodziliśmy, gdyż ostatnio pogoda nie sprzyjała spożywaniu lodów na świeżym powietrzu. Po zakupieniu przysmaku udałyśmy się na plac zabaw za blokiem. Usiadłyśmy na ławeczce aby skończyć lody. Jak tylko Julcia zjadła od razu pobiegła w stronę karuzelki, potem, pobawiła się przy mini ściance do wspinaczki. Mówi, że niebieska ścianka to kosmos a uchwyty do wspinania to planety. Następnie pobiegła w stronę huśtawki, potem do piasku, tu wymyśliła zabawę w pisanie patykiem po piasku, następnie na zjeżdżalnię i tak bawiła się w najlepsze. Ja siedziałam na ławce i obserwowałam jak Jula biegając odwiedza różne zakątki placu zabaw. W końcu dziecko musi się gdzieś wybiegać, nie może cały czas chodzić grzecznie prowadzona za rączkę. Zafascynowana Julcia biegła do mnie jak tylko mogła najszybciej, i nie w głowie jej było uważać. Aż tu nagle bęc na asfalt i głośny płacz. Nie wiadomo czy poślizgnęła się na piasku czy tylko dlatego że nie patrzyła pod nogi. Ale nasz dzielniak nim zdążyłam podejść wstał i sam szybko przyszedł do mnie z wielkim płaczem. Oczywiście było tuli tuli na ręce do kochanej mamy i transport do domu. Po drodze cały czas przez łzy mówiła że mnie przeprasza że to jej wina i żeby przykleić plastry. Po powrocie rany zostały przemyte na dwóch kolanach po dwa ślady, odkażone oraz przyklejone wielkie plastry. Julcia nasza bohaterka leżała w łóżku i zanosiła się od płaczu, nawet robienie tuli tuli na pocieszenie niewiele pomagało. Gdy już usnęła po dwóch godzinach, wtulona pod kołderką przespała większość popołudnia. Zbudziła się pod wieczór w ogóle nie chciała wychodzić z łóżka. Jeszcze rano wyglądała na bardzo cierpiącą, była taka słaba że prosiła o pomoc tatusia by zaniósł ją do łazienki na poranną toaletę. Zgodnie z przewidywaniami już kilkanaście minut później była w pełni sprawna. Może troszkę wolniej ale biegała po całym mieszkaniu. Ponieważ kolana nie wyglądają zbyt ładnie postanowiła upiększyć sobie paznokcie, korzystając z mojej nieobecności. Efekt był do przewidzenia – prawie cały fioletowy lakier wylądował na paznokciach i nie tylko. Na tyle na ile to było możliwe wspólnymi siłami po moim powrocie próbowaliśmy zmyć, nie zważając na protesty Julki że boli. Ale niestety skutki manicure będą jeszcze przez kilka dni widoczne.

Zdjęć z widocznymi strupami nie będziemy prezentować, jeszcze taki drastyczny widok odstraszy potencjalnych kandydatów na zięcia ;) Wolimy nie ryzykować.

Podziel się